Forum K U C H N I A Strona Główna K U C H N I A
Dominikańskie Duszpasterstwo Akademickie w Lublinie
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy    GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Duszpasterski wyjazd na Ukrainę 17 - 31 lipca 2008

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum K U C H N I A Strona Główna -> o tym, co jest lub było
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Szymon




Dołączył: 14 Wrz 2007
Posty: 27
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Mielec

PostWysłany: Sob 17:21, 30 Sie 2008    Temat postu: Duszpasterski wyjazd na Ukrainę 17 - 31 lipca 2008

Moje sprawozdanie z wyprawy na Ukrainę!
Jak zbadać daną kulturę? Jak odkryć jej głębię? Wielu antropologów przez lata zadawało sobie tego typu pytania. Najlepsza metoda to przebywanie w danym obszarze i poznanie poprzez uczestnictwo. Tak też się stało na Ukrainie!
Razem z grupą studentów zrzeszoną przy lubelskim klasztorze Dominikanów wyruszyłem na Ukrainę. Mówiąc szczerze bardzo obawiałem się tego wyjazdu. Nie znałem większości grupy. Poza tym są to naprawdę wielkie odległości nie wiedziałem czy sobie poradzę? Teraz gdy mija już trzeci tydzień od powrotu jest mi niezmiernie przykro z tego powodu. Trzeba walczyć z trudnościami właśnie w takich momentach i sytuacjach jest jedyna okazja by wyzwolić się ze wszelkich niedoskonałości.
Swoją przygodę z Ukrainą rozpoczęliśmy od jakże bliskiego nam Polakom Lwowa. Nie bez powodu miasto to ma w herbie łacińskie hasło „Semper Fidelis”. Ono nadal jest wierne. Tu wszędzie słyszałem język polski. Tutaj także wszyscy doskonale mnie rozumieli. Miasto przepełnione kulturą i architekturą Polski. Piękny rynek a obok niego katedra pamiętająca czasy słynnych ślubów króla Jana Kazimierza. Przepiękny barokowy kościół podominikański. Mówi się, że zaliczany jest do jednego z najpiękniejszych w Europie wschodniej. Budynek opery zachwyca każdego, kto tylko znajdzie się na placu znajdującym się przed nią. To jedna strona medalu najczęściej opisywana w przewodnikach i czasopismach o tematyce turystycznej. Wnikliwy obserwator zauważy jeszcze coś ważniejszego. Społeczeństwo Lwowa jest biedne. Tej biedy doświadczałem na każdym nieudolnie stawianym kroku. Oczywiście, tej biedy nie da się zauważyć patrząc ciągle na piękne zabytki. Wiele razy podczas mojego spaceru po ulicach Lwowa zaczepiało mnie kilkunastu ludzi prosząc o pieniądze. Szczególnie zdziwiło mnie to, że ludzie ci w ogólnie nie mieli żadnych oporów, co oznacza, że ich sytuacja jest naprawdę trudna. Piękno Lwowa, nazwałbym „zewnętrznym” bo wystarczy tylko zboczyć z głównych traktów by przekonać się jak zaniedbane jest to miasto. Jak jeszcze wiele potrzeba, by zmienić jego oblicze. Ze Lwowa wyjechałem z mieszanymi uczuciami mając nadzieję, że jeszcze tu wrócę i wtedy będę mógł powiedzieć, coś całkowicie innego o tym mieście.
Kolejny przystanek naszej wyprawy do Żółkiew. W owej miejscowości swój dom maja polskie siostry dominikanki. Wracając do naszego pobytu w Żółkwi. Myślę, że warto odwiedzić te rejony. Zobaczyliśmy tam dawne średniowieczne zabudowania miejskie. Kościół parafialny, jak dla mnie to z XV wieku oraz ciekawy wielki rynek Nocleg spędziliśmy w domu prywatnym dzieląc pokoje wraz z Ukrainką Wtedy po raz pierwszy doszło do tzw. wieczorka zapoznawczego – ciekawych gier które miały nas zintegrować. Oczywiście uważam, że już od początku tak się zintegrowaliśmy, że owe gry nie były aż tak potrzebne… no ale. Przed wyjazdem z Żółkwi odwiedziliśmy siostry dominikanki. Tam, w domowej kaplicy odprawiliśmy Mszę Św. Warto tu wspomnieć tą kaplicę, która maksymalnie mogła pomieścić kilka osób a w tym ekstremalnym momencie bez problemu pomieściła 17 osób . Dzięki uprzejmości sióstr zjedliśmy posiłek i wyruszyliśmy w drogę.
Chocim – twierdza usytuowana nad Dniestrem związana z naszą polską historią to kolejny przystanek naszej wyprawy. W drodze do Chocimia mogliśmy podziwiać sieć gazowa która tutaj na Ukrainie znajduje się nad ziemią. Zyskało to już zwyczajowa nazwę „trzepaki”. Twierdza Chocimska imponuje swą monumentalnością. Aktualnie prowadzone są tam prace konserwacyjne. Oczywiście, nie tak jak u nas w Polsce. Byłem świadkiem przytwierdzenia do okna plastikowej dekoracji maswerkowej i to śrubami wkręconymi do kamienia… cóż tak to jest, jak chce się zrobić szybko i jak najtańszym kosztem. Okolice twierdzy są bardzo malownicze. Pasma górskie przecinane pozostałościami dawnych murów obronnych. Można poczuć się tam co najmniej jak w Starożytnym Rzymie. Uwagę nasza zwrócił mostek kamienny który przypominał akwedukt – brakowało tylko rzeczki. Jeszcze raz spoglądając na ogrom Dniestru ruszyliśmy dalej.
W Kamieńcu Podolskim przywitała nas ogromna burza. Pierwsza podczas tego wyjazdu. Nareszcie przydały się parasole. Tutaj nasza bazą noclegową to klasztor podominikański obecnie w rękach Paulinów. Tak tutaj to dopiero były warunki noclegowe! Każdy z nas miał do dyspozycji pokoik wraz z łazienką. Na kolacje zaserwowano nam zupę cytrynową! O matko to dopiero była zupa. Ja osobiście nie spróbowałem tego specyfiku, ale niektórzy zjedli cały talerz, więc chyba dało się to zjeść. Po kolacji doszło do kolejnego już wieczorku zapoznawczego. Widocznie jeszcze do końca się nie znaliśmy. Ten wieczorek zapamiętałem bardzo dobrze. Cała grupa dorosłych ludzi bawiła się w głuchy telefon, robiła z kciuków ogromna łyżkę nucąc przy tym słowa typu „daj, daj, ciku, daj”. Radości przy tym było bardzo dużo. Przekonałem się do takich zabaw, bo właśnie w tej prostocie tkwi niezwykła siła zespalająca ludzi. Przecie o to chodziło byśmy się dobrze ze sobą czuli. Następnego dnia ruszyliśmy zwiedzać Kamieniec Podolski. Patrząc na to miasto już na rynku można stwierdzić, że jest to miejscowość wielokulturowa. Kościół klasztorny w którym mieszkaliśmy ma w sobie elementy architektury arabskiej. Kolejne takie motywy spotykamy na rynku. Baldachimy z orientalnymi dekoracjami. Idąc dalej spotykamy katedrę, w której dawniej znajdował się meczet. Nadal znajduje się tam ogromny minaret widoczny z każdej części miasta. Wszystkie drogi Kamieńca prowadza w jedną stronę potężnej twierdzy. To ogromny kompleks zawierający mury, wieże oraz pozostałości zamku. Aby wejść na teren twierdzy musieliśmy pokonać dość spory odcinek, po drodze przechodząc most. Tak czy siak warto było zobaczyć te zabudowania. Byliśmy pod wrażeniem rozwiniętego systemu korytarzy znajdujących się w murach obronnych. Na dziedzińcu mogliśmy postrzelać z kuszy.
Wróciliśmy do klasztoru. Musieliśmy się spakować i przygotować do wyjazdu. Niektórzy z nas postanowili zwiedzić cały kompleks klasztorny, począwszy od wszystkich pięter a skończywszy na malutkim lecz jakże uroczym wirydarzu.
Odessa – to nasz następny przystanek. Po bardzo długiej podróży udało się nam przybyć do Odessy późnym wieczorem. Przywitał nas ks. pallotyn, który tutaj tworzy polską misję. Dzięki jego uprzejmości na czas pobytu w Odessie mogliśmy zamieszkać nad kaplica. Warunki jakie nam zaoferowano były dość spartańskie, ale wszystkie niewygody zrekompensował nam urok tego niezwykłego miasta. Opisać Odessę jest naprawdę trudno. Najbardziej to miasto przypomina mi mozaikę. Tak składa się ono w wieku części, składników jakże odmiennych. Piękny port…! Piękne schody prowadzące na plażę. Ulice pełne kasyn! Niezwykły budynek Opery. Tutaj w sposób szczególny zapamiętam plażę bo była to jedyna plaża piaszczysta na tym naszym wyjeździe. Tutaj mieliśmy okazje zrobić zamek z piasku, a niektórzy z nas po raz pierwszy doświadczyć bitwy na meduzy.
Krym – nasz cel. Podróż na ten wielki półwysep była bardzo długa. Bardzo już zgrana grupa młodych ludzi umilała sobie trud podróży różnymi grami! Niektórzy z nas słuchali muzyki, inni słuchali muzykę, która puszczano z płyt wcześniej kupionych na stacji benzynowej… a jeszcze inni po prostu spali na fotelach i pod nimi. Przed samą północą przyjechaliśmy na miejsce do wioski Privietnoye. Dziewczęta na prawo a chłopcy na lewo.
Następny dzień ukazał nam piękno tego miejsca. Wielkie połacie gór wysokich i niskich oraz ten ogrom Morza Czarnego. Taki krajobraz stał się nasza codziennością przez niespełna tydzień. Dotąd Krym znałem tylko z sonetów Mickiewicza. Teraz mogłem sam doświadczyć tego, czym tak zachwycił się nasz wieszcz. Całe dnie spędzaliśmy na plaży lub w górach. Poznaliśmy okolicę. Wybraliśmy się do miejscowego domu kultury, poczty, sklepu monopolowego. Tak wydaje się to śmieszne – ale jakże odmienne mogą być te powszednie nam rzeczy. Oczywiście próbowaliśmy integrować się z miejscową młodzieżą. Była ku temu okazja! Wybraliśmy się na miejscowa zabawę. Tutaj małe rozczarowanie! Spodziewaliśmy się, że bawić się będziemy w rytmach regionalnych a tańczyliśmy przy dobrze nam znanych hitach muzyki pop. Tak czy siak zabawa była świetna. Bawiliśmy się tak dobrze, że miejscowa młodzież postanowiła nam nie przeszkadzać. Dopiero, kiedy opuściliśmy lokal – oni wyszli z ukrycia.
Na Krymie jeździliśmy na wycieczki. Wyruszyliśmy min do Jałty. Miejsca słynnej konferencji międzynarodowej, na której ważyły się losy strefy wpływów powojennej Europy. Pamiątek po tym wydarzeniu nie widziałem. Teraz owe miasto jest niezwykłym kurortem nadmorskim. Nasze zwiedzanie rozpoczęliśmy od bulwaru, który jest głównym traktem miasta. Tutaj zachwyciłem się orientalną wręcz roślinnością. Pozwoliło mi to poczuć się jakbym znajdował się co najmniej w Grecji. Wszędzie rosły palmy, bambusy i figowce. Tam w Jałcie odwiedziliśmy miejscowy kościół Dominikanów. Ładny, neogotycki budynek. Wycieczka kolejna to Sudak. Tutaj zwidzieliśmy malutki zameczek nazywany Jaskółczym Gniazdem. Następnie odwiedziliśmy ogromną twierdzę. Owa warownia bardziej przypominała mi wielki mur chiński. Tutaj po raz kolejny napotkaliśmy na dominikański ślad. Herb umieszczony na jednym z murów warowni.
Nadszedł czas podróży do stolicy Ukrainy czyli Kijowa. Kolejna bardzo długa podróż. Na miejscu wielka niespodzianka. Możliwość zamieszkania w nowym klasztorze Dominikanów. Tutaj nareszcie poczuliśmy się bezpiecznie. Warunki full wypas. W te gościnne progi zaprosił nas o. Andrzej. Wracając do Kijowa, każda ulica i każdy budynek informował przechodnia, że jest to stolica. Miasto bardzo podobne do dużych zachodnich metropolii. Obecność fili wielkich koncernów zarówno odzieżowych jak i innych branż. Po tym ogromnym mieście naszym przewodnikiem był o. Petro dominikanin, który swoja formację odbył w Polsce. Tak więc w szybkim tempie zwiedziliśmy naprawdę wiele rzeczy – nie błądząc, nie tracąc czasu na szukanie ważnych zabytków. W sposób szczególny zapamiętam piękno Kijowskich świątyń. Szkoda tylko, że większość z nich zostało wysadzonych w powietrze w czasach stalinowskiej niewoli a to co obecnie możemy podziwiać to idealne rekonstrukcje. Sofia Pieczewska, Sobór Archanioła Michała – największe kompleksy świątynne. Jedna z nich jest siedzibą Patryjarchy Kijowa – uważanego tutaj na równi z Papieżem katolickim. Tutaj po raz pierwszy tak blisko mogliśmy doświadczyć piękno duchowości wschodu. Czerpaliśmy z ich śpiewów i obrzędów. Jest coś w tych śpiewach. Pamiętam wizytę w katedrze greckokatolickiej, gdzie akurat było nabożeństwo na którym śpiewano akatist – utwór wychwalający Najświętszą Maryję Pannę. Owa pieśń składa się z kilkudziesięciu rozbudowanych zwrotek oraz powtarzającego się refrenu. To niezwykłe jak zgromadzony lud potrafi wspólnie śpiewać. Metro kijowskie wprowadziło nas w wielki zachwyt. Pierwszy raz widziałem stacje wyłożone mozaikami przedstawiającymi ważnych świętych oraz postacie historyczne. Bardzo ciekawym elementem były także ogromne żyrandole, których świtało oświetlało kamyczki owych mozaik. Całość ta była fikuśnie umyślona kompozycją, na którą mieszkańcy stolicy nie zwracali uwagi. To mnie przeraziło. Ten pęd, który rządzi tutaj w każdym miejscu. Nasza ostatnia wycieczka, to pobyt na placu niepodległości – miejscu symbolicznym. Tutaj kilka lat temu rozpętała się Pomarańczowa Rewolucja. Plac niepodległości w 2001 roku poddano gruntownej renowacji i przebudowy. Władze stalicy ulegając zachodniej modzie pod placem wybudowały podziemne miasto w którym otworzono restauracje, puby i markety.
Ostatni wieczór naszej wspólnej wyprawy postanowiliśmy urządzić ostatni tzw. wieczór zapoznawczy. Po wcześniejszym zakupieniu chipsów ciastek i innych podobnych. Zasiedliśmy w kuchni gościnnego klasztoru Dominikanów w Kijowie. Nadszedł czas podsumowań. Było to trudne. Leczo po pewnym czasie, każdy z nas wymienił kilka miłych zdań. Wypowiedzi te dość często się powtarzały. Wielu z nas podkreśliło, że nasza grupa od razu znalazła wspólny język. Każdy z nas czuł się odpowiedzialny za to, jak będzie wyglądała ta wycieczka. Wspólnie podejmowaliśmy decyzje, wspólnie bawiliśmy się ale także wspólnie modliliśmy się. To wszystko sprawiło, że spędziliśmy niezwykłe dwa tygodnie, dla niektórych warto tu dodać słowo „w życiu”.
Na koniec warto tu dodać pewne ważne ciekawostki! Gdyby ktoś nie wiedział na Ukrainie ludność preferuje odmienny styl załatwiania się. Tu w Polsce nazwiemy to pozycja „na Małysza”. Tak na te dwa tygodnie musieliśmy się przestawić na taki sposób a to dlatego, że wszystkie ubikacje to po prostu dziury w podłogach! Nawet w McDonaldach – gdzie wydawałoby się globalizacja wyznacza standardy! Każdy postój na stacji benzynowej oznaczał dla nas wycieczkę do miejscowej ubikacji, by upewnić się, że takie dziury są wszędzie. Kwestia jedzenia – matko jest ono okropne. Z naszej wyprawy zapamiętamy na pewno tzw. „free”, co w miejscowym języku oznacza frytki. Danie, które dla nas ludzi Europy wydaje się znane i dość powszechne tutaj na Ukrainie po prostu zachwyciło swą oryginalnością. Bowiem na Ukrainie frytki to rozgotowane kawałki ziemniaków, które tylko symbolicznie zostały opieczone na oleju i podane z pietruszką na talerzyku. Zakupy! – nigdy, naprawdę nigdy nie kupujcie pasztetu na Ukrainie. Zapewniam was, to nie to samo co polski pasztet. Na Ukrainie pasztet to dziwna miazga o dość nieprzyjemnym zapachu i dziwnym smaku. Wody mineralne podobnie nie dobre jak pasztet. Te tylko z nazwy mineralne. Większość z nas stwierdziła, że są to butelki napełnione woda z kranu. Warto tutaj poruszyć kwestie infrastruktury Ukrainy. Pytam: jak ten kraj wyobraża sobie organizacje meczów Euro 2012 nie mając ani jednej dobrej drogi, poza drogami stolicy. To, co zobaczyłem było naprawdę przerażające. Cieszę się, że nasz samochód wytrzymał to wszystko.

Nawiązały się Nowe przyjaźnie. Powstało kilka tysięcy zdjęć, które przez następne pół roku będziemy oglądać. Pozostały niezwykłe wspomnienia o tych wszystkich ciekawych miejscach. Tych wielkich połaciach pól uprawnych na Krymie. Tych wszystkich plażach. Pozostanie wspomnienie tego pięknego Morza Czarnego. Matko a co nie pozostanie!!

Acha i jeszcze jedno! Wymiar religijny. Mieliśmy wśród nasz ojca dominikanina, który tak jak jego wielcy przodkowie wypełniał swoja wędrowna misje kaznodziejska poprzez codzienną ofiarę Mszy Św. – z kazaniem oraz wspólnie odmawianą liturgię godzin. Istniała także możliwość indywidualnej rozmowy, spowiedzi a także adoracji Najświętszego Sakramentu.

To wszystko powyżej świadczy o tym, że wyprawa była naprawdę udana.
Tak była na poziomie i po prostu była spoko.
Hello!


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Szymon dnia Sob 21:58, 30 Sie 2008, w całości zmieniany 5 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Puella




Dołączył: 10 Lis 2007
Posty: 6
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Sob 20:19, 30 Sie 2008    Temat postu:

Czekałam kiedy w końcu nadejdzie dzień naszego wyjazdu na Ukrainę. Traktowałam go jako przygodę, 'spontaniczną wyprawę na dziką Ukrainę' Very Happy , na której do końca nie wiadomo co się wydarzy. Nie chciałam niczego planować ani oczekiwać.
Dziś mogę powiedzieć, że było to coś ważnego. Trudno mi tak dokładnie określić, dlaczego ... ale na pewno tak jest.
Najmilej wspominam ludzi, których tam spotkaliśmy. Byli pozytywnie do nas nastawieni, przyjaźni i pomocni. Łatwo nawiązywało się z nimi kontakt, byli chętni do rozmowy. A to właśnie przez rozmowę i zwiedzanie można najlepiej poznać miejsce, w którym się przebywa. Ciekawym doświadczeniem był nasz mały spacer po wiosce Priwietnoje. Zobaczyliśmy jak wygląda tamtejszy dom kultury i czym się zajmuje. Byłam pozytywnie zaskoczona tym, że również w takiej miejscowości jak ta, jest potrzeba funkcjonowania takiej instytucji. Pani będąca dyrektorem domu była bardzo ucieszona tym, że przyszliśmy zobaczyć jak to wszystko wygląda, nie wiem jak reszta, ale ja czułam się jak prawdziwy gość. Kolejna osoba to starsza pani, mieszkająca w domu, w którym się zatrzymaliśmy. Częstowała nas żyrem- owocami rosnącymi na drzewie, o migdałowatym kształcie, proponowała mleko. Pan w autobusie, w śmiesznych butach o zadartych noskach i jeszcze kilka innych osób. To może taki trochę bajkowy obraz ukraińskiej wsi. W rzeczywistości życie tych osób jest trudniejsze niż nasze, tu w Polsce. Jak się cieszę, że nasz kraj ma już takie czasy za sobą i że ja nie jestem ich częścią! Patrząc na Priwietnoje myślałam o tym, że mniej więcej tak było u nas w socrealizmie, no ale byłam tylko obserwatorem, turystą żyjącym tam przez kilka dni. A ci ludzie nie wydawali mi się mimo wszystko przygnębieni ani załamani. Potem był Kijów, stolica Ukrainy. Tak po prostu, trafiliśmy do miasta, które mi osobiście przypominało naszą Warszawę. Też było tam metro (i to starsze niż nasze i naprawdę ładniejsze), masa starych, wysokich kamienic i charakterystyczny gwar dużego miasta. Zaskoczył mnie kontrast między wyglądem wsi na Ukrainie i tym co zobaczyliśmy w Kijowie. A jeśli chodzi o moje inne osobiste spostrzeżenia to polecam...przystanki autobusowe. Mijaliśmy ich całkiem sporo i... każdy z nich był inny. Właśnie to mnie w nich zachwyciło. Większość z nich była ozdobiona mozaikami przedstawiającymi np. żniwiarkę trzymającą pęk kłosów, były też inne z motywami geometrycznymi, abstrakcyjnymi. Inne miłe wspomnienie to nasza noc spędzona na plaży. Spaliśmy nad brzegiem Morza Czarnego!! Gdy zasypiałam słyszałam szum wody a gdy się obudziłam zobaczyłam wschód słońca! Muszę też wspomnieć o klasztorze a zwłaszcza o kościele w Kamieńcu Podolskim. Do dziś pamiętam klimat tego miejsca. To jest jedno z takich miejsc na mojej liście, do których chciałabym kiedyś wrócić Smile
A teraz napiszę coś o osobach, które tworzyły naszą grupę. Gdy dowiedziałam się o wyjeździe myślałam, że będzie to dobra okazja żeby poznać lepiej duszpasterstwo, którego powoli staję się częścią. Przebywanie przez dwa tygodnie z tymi samymi ludźmi pozwala zwykle dowiedzieć się o nich czegoś więcej. Tak też było i tym razem. Zacieśniłam więzi z osobami, które znałam wcześniej Very Happy Very Happy , poznałam kilka nowych. I uważam, że to właśnie skład naszej grupy był jej największym atutem! To, że umieliśmy być tolerancyjni wobec siebie, powściągnąć emocje, gdy wymagała tego sytuacja. To było dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie- takie życie w wakacyjnej wspólnocie bo tak trzeba nazwać to czym była nasza piętnastka. Pewna osoba, którą bardzo cenię, powiedziała, że nic tak bardzo nie uczy człowieka pokory wobec siebie, jak drugi człowiek. On wskaże ci twoje błędy (czasami całkiem nieświadomie Laughing ), nauczy dystansu do siebie samego. Gdy zaszła taka potrzeba, potrafiliśmy wykrzesać z siebie zaangażowanie, zachować powagę, czy zwyczajnie bawić się i śmiać. I najważniejsze według mnie- potrafiliśmy ze sobą poważnie porozmawiać. Dotyczyło to np. 'wieczorków zapoznawczych' (bardzo sympatycznych swoją drogą), czy jakiś sytuacji, które rodziły się w naszym wspólnotowym, codziennym życiu.
Warto było ! !

Dzięki


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Puella dnia Pon 8:57, 01 Wrz 2008, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum K U C H N I A Strona Główna -> o tym, co jest lub było
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001 - 2005 phpBB Group
Theme ACID v. 2.0.20 par HEDONISM
Regulamin